Hugo Kołłątaj
Hugo Kołłątaj

Polski polityk, publicysta oświeceniowy, pisarz polityczny, katolicki prezbiter, kanonik, satyryk, poeta, geograf, historyk, rektor Szkoły Głównej Koronnej, referendarz wielki litewski, podkanclerzy koronny, radca wydziału skarbu Rady Najwyższej Narodowej. Przygotowywał i uczestniczył w insurekcji kościuszkowskiej, wchodząc w skład Rady Najwyższej Narodowej.

 

HerbHugo Kołłątaj urodził się 1 kwietnia 1750 r. na Wołyniu w niezamożnej rodzinie szlacheckiej. Wcześnie wybrał stan duchowny, ale nie poprzestał na obowiązkach duszpasterskich. W wieku 18 lat ukończył studia na Akademii Krakowskiej, uzyskując tytuł doktora filozofii. Naukę kontynuował na uniwersytetach w Rzymie i Wiedniu, zgłębiając tajniki prawa i filozofii. Po powrocie do kraju, objął jedną z kanonii krakowskich i podjął pracę w Towarzystwie do Ksiąg Elementarnych. Jego zasługi w dziedzinie oświaty były kamieniem milowym otwierającym polską szkołę na Europę. W 1777r. na prośbę Komisji Edukacji Narodowej podjął się zreformowania Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jego działania odniosły sukces, a uczelnia odzyskała dawny europejski poziom. W okresie Sejmu Czteroletniego Kołłątaj zorganizował ośrodek wspierający pracę sejmu zwany Kuźnicą Kołłątajowską. Współdziałało tu grono publicystów popierających reformy polityczne: Franciszek Ksawery Dmochowski, Franciszek Salezy Jezierski, Franciszek Zabłocki, Jan Śniadecki. Kołłątaj aktywnie uczestniczył w tworzeniu Konstytucji 3 Maja. Żądał reform politycznych i społecznych, zniesienia liberum veto, wolności dla chłopów, dźwignięcia z upadku miast i przemysłu. Swoje przekonania argumentował w sposób jasny i logiczny. Sprawiał, że najbardziej skomplikowane idee stawały się zrozumiałe, zwięzłe i łatwe do zapamiętania. W 1794r. współorganizował sprzysiężenie przygotowujące Powstanie Kościuszkowskie. Wszedł w skład rządu powstańczego – Rady Najwyższej Narodowej.

 

Uchwalenie Konstytucji 3 Maja
Uchwalenie Konstytucji 3 Maja

 

Hugo KołłątajPo klęsce powstania Kołłątaj został aresztowany przez Austriaków i osadzony na 8 lat w więzieniu. Ostatnie lata życia spędził w Warszawie. Mimo ubóstwa (najpierw majątek zagrabili mu targowiczanie, potem zaborcy) prowadził aktywne prace publicystyczne i naukowe. Swoje poglądy polityczne zawarł w utworach: “Do Stanisława Małachowskiego, referendarza koronnego, o przyszłym sejmie Anonima listów kilka”, “O ustanowieniu i upadku Konstytucji 3 Maja 1791r.”, “Prawo polityczne narodu polskiego” – częścią tego utworu jest słynna, świetnie napisana odezwa “Do Prześwietnej Deputacji”. Cała działalność Hugona Kołłątaja streszcza się w jego własnych słowach, które uznał za zasadniczy cel swej pracy “poprawa wychowania publicznego”. Kołłątajowski projekt reformy szkolnictwa usiłował wiązać naukę z życiem, przygotowywać młodzież do przyszłej pracy zawodowej i stawiać właściwe cele nauce. Szczególną troską otaczał problem wykształcenia i wychowania dziewcząt oraz dzieci ze wsi, małych miasteczek i miast. Wiele uwagi poświęcał wykształceniu nauczycieli, obsadzie kadrowej szkół, ich gospodarce, remontom i wyposażeniu. Kołłątaj interesował się również folklorem. Zakresem swoich badań objął dialekty, stroje, obrzędy, zabawy, budownictwo i rzemiosło. W swej działalności reformatorskiej wielokrotnie współpracował z organami samorządowymi i założonymi przez siebie Radami Szkół. Niepodobna przecenić zasług Hugona Kołłątaja. Był on jednym z twórców historii Polski w swoim czasie. Myśli, pracę, serce oddał na usługi nauki i nowoczesnego społeczeństwa. Dostrzegał to, co najpotrzebniejsze. Dlatego zajął się przede wszystkim stworzeniem warunków do oświecenia całego bez reszty społeczeństwa. Uważał, że jedyną miarą wartości człowieka jest jego wiedza i praca. Najlepszy hołd Kołłątajowi oddał Jan Śniadecki pisząc o nim, że: “…dzieło edukacji zrobił nałogiem swego życia.” Zmarł w osamotnieniu i zapomnieniu w 1812r.

 

Wybrane dzieła naszego patrona

 

O gimnazjach gubernskich

Mowę naszą uważać powinniśmy jak skarb najdroższy, jak własność najprzyjem­niejszą, przez którą wszystkie umiejętności i nauki staną się przystępnymi dla umysłów tych nawet obywateli, których pamięć nie jest dość zdolna obciążać się gruntowną znajomością mów obcych. Kto szuka rzetelnie upowszechnić światło w jakim narodzie, ten powinien położyć za najpierwszy fundament swych usiłowań, aby mowę narodową zrobił mową uczoną i zdolną tłumaczyć najgłębsze nauk tajemnice; każdy albowiem w swej ojczystej mowie zdolny jest wyobrażać sobie wszystkie przedmioty i z wyobrażonych najjaśniej się tłumaczyć, a chcąc o tych samych przedmiotach mówić w obcej mowie będzie tylko przekładał, co w własnej pojął lub z czego w swej mowie chciał się wytłumaczyć. Nie samo więc próżne przywiązanie do ojczystej mowy skłaniać nas powinno, abyśmy około jej wydoskonalenia z największą pracowali gorliwością, ale widoczna potrzeba oświecenia publicznego. Mamy tego liczne przykłady z historyi dawnych i teraźniejszych narodów. Gdziekolwiek nauki dawane były w obcym języku, tam zawsze mała bardzo liczba ludzi korzystała z ich światła, a cała massa ludu była podobnie barbarzyńska, jak i ich mowa; gdziekolwiek nauki dawane były w ojczystej mowie, tam oświecenie zluzowało barbarzyństwo, a mowa ojczysta stawała się prawdziwie mową uczoną. Chaldejczykowie, Egipcyanie na wscho­dzie, Grecy i Rzymianie w Europie są najwidoczniejszymi świadkami tej prawdy. Grecy względem Egipcyan, Rzymianie względem Greków poty zważani byli za barbarzyńców, póki mowy własnej nie oswoili z umiejętnościami i naukami wyzwolonymi. Wszystkie oświecone narody nam dziś spółczesne przekonały się już o tej prawdzie i są dla nas najwidoczniejszym przykładem, jak nagle światło nauk rozszerzyło się między nimi, skoro tylko ich mowa stała się mową nauczycielów i pisarzów. Próżno by chciano liczne podejmować koszta w rozsze­rzaniu przytłumionego u nas światła, gdyby nam dano do szkół obcą mowę, tym bardziej obcych nauczycielów. Powinniśmy się przykładać do dawnych i teraź­niejszych uczonych języków, abyśmy znali obce bogactwa w wynalazkach i literaturze, lecz naród nasz nie może być powszechnie oświeconym, wynalazki i prace naszych pisarzów będą zawsze poziome i niedokładne, jeżeli mowa nasza nie będzie mową nauczycielów i pisarzów.

O gimnazjach gubernskich, w: Hugo Kołłątaj,
Wybór pism naukowych, wyd. K. Opałek,
Warszawa 1953, s. 413-414.

Mowa Hugona Kołłątaja do Prześwietnej Kommissyi Edukacyi Narodowej imieniem młodzi polskiej miana

W państwie despotycznym dzieło doskonałej edukacyi przedsięwzięte nawet być nie może: natura rządu nieprzełamaną kładzie mu tamę. Kędy niewiadomość gruba i zwierzęca bojaźń poddanych najmocniej tronu jest podporą; kędy naród zastarzałymi spodlony przesądami pewniejszą jednego bałwana jest ofiarą; kędy sroga panującego wola prędsze w bydlętach niżeli w ludziach rokuje sobie posłuszeństwo, tam nie podobna wnosić światło rozumu, odkrywać i natężać sprężyny obywatelskich cnót, wykorzeniać przywary serca społeczność niszczące a tyranowi pożyteczne. Jak wam tedy… winszować przychodzi, że dzieło edukacyjne wyrabiacie w wolnym narodzie i pod panowaniem tak dobrego monarchy, który za wspólną stanów wszystkich ugodą, jak niegdyś Doria na reformatorów Genui i Rzym na Dziesięciu Mężów, przelewa na was zupełną moc stanowienia, co się im najlepszego do poboru i wydoskonalenia przez edukacyję kraju zdawać będzie. Na tej wolności swojej i doznanej wierności waszej zasadzony naród pewne sobie czyni nadzieje: że mądrość i praca wasza w krótkim tak przeciągu na kształt powszechnego lekarstwa całą obywatelskiego ciała przeformuje istę: wykorzeni nieznacznie zależałe przesądy, wprowadzi wszędy dobry gust obywatelskich umiejętności, przywróci upragnioną, a do uszczęśliwienia wolnego kraju konie­cznie potrzebną rozumów i serc harmonię. A kiedy narodowi węzłami ludzkości i krwi spojonemu z wami skutki głębokich onych uwag nad ciemnościami rozumu, nad słabościami serca ludzkie­go gotujecie, kiedy najrozumniejsze ustawy, wzorem wielkiego Likurga, w krajo­we obyczaje niby w krew samą przeistaczacie; jakiejże wzajemnie od narodu całego, jakiej szczególniej od rodziców, nauczycielów i młodzi czekać nie macie wdzięczności? Rodzice wolnego kraju mogliby się komu zdawać trudnymi do przyjęcia nowych edukacyi opisów, gdyby nie w tak oświeconym przez nauki i domowe nieszczęścia żyli wieku. Widząc jak w zwierciadle w tylu doznanych przypadkach, jako niedostatek dobrego wychowania trzyma naród w ciemnościach, z ciemności przesądy, z przesądów nierząd, z nierządu prywatne i publiczne wypływa osłabienie, za osłabieniem niezliczone hurmem walą się nieszczęścia; z jaką wdzięcznością i ukontentowaniem przyjmować będą ustawy wasze znajdując w nich i gruntowa­ne oświecenie, i pomoc skuteczną do wypełnienia najświętszego obowiązku, który na nich włożyła natura, dobrego dzieci swoich wychowania! Nauczyciele już, drudzy owi, jak ich Aleksander Wielki nazwał, ojcowie, z jaką ochotą i miłością serca wam swoje i ręce do pracy ofiarują! Bo co w opisach waszych czytać będą, tylko ulgę trudów i mozołów swoich, pewny publicznego względu zadatek, prostszy i łatwiejszy serc i rozumu kształcenia model, nierozerwany na szkolną karność węzeł. Urząd nauczycielów, którego dawni nie wstydzili się królowie, który najmędrsi ludzie nad samą rządów przenosili wspaniałość, tym chciwiej upragniony i szukany będzie, im mu większej powagi i nagrody

Mowa Hugona Kołłątaja do Prześwietnej Kommissyi Edukacyi Narodowe) imieniem młodzi polskiej miana [w r. 1776], w: Hugo Kołłątaj,
Wybór pism naukowych, wyd. K. Opałek,
Warszawa 1953, s. 129-131.

Do Prześwietnej Deputacji

Uiściły się życzenia całego narodu, już jest wyznaczona deputacyja do napisania konstytucyi rządu naszego, która będzie sławną epoką kończącego się ośmnastego wieku, jeżeli nam przywróci rząd dobry, jeżeli człowieka wróci człowiekowi, jeżeli prawa własności osobistej ruchomej i gruntowej każdemu upewni, jeżeli człowieka wyjmie od ludzi a podda prawu; jeżeli prawo wydobędzie z prawdzi­wych jego źródeł, to jest: sprawiedliwości naturalnej, jeżeli na koniec cały naród ubeśpieczy od przemocy wewnętrznej i obcej. […] Nie oglądajcie się na spółczesnych, nie ten to zepsuty wiek ma błogosławić imiona Wasze, Wy owszem macie wydać walkę uprzedzeniu i obłudzie. Wy macie przywrócić sprawiedliwość, Wy to powszechne chaos urządzić, a zatem Wv powinniście zupełnie przygotować się przeciw potwarzy, nienawiści i ze­mście, które interes prywatny, zapsucie serc ludzkich, znarowiona zuchwałość przeciw Wam wywierać zechce. Nie lękajcie się bynajmniej, że prawa Wasze wzgardzone lub odrzucone zostaną. Prawda mieć będzie swych zwolenników, rozejdą się oni po całym narodzie, zaniosą ją pod strzechę uciśnionego i wzgar­dzonego człowieka, czas dokaże reszty; do Was należy nie odstępować prawdy ani myślić o tym, jakimi drogami to święte bóstwo panować zacznie nad całą narodu powszechnością. Ufam przeto, że w przepisie praw Waszych nie będzie miała miejsca ani chytra obłuda, ani podła bojaźń, ani tym bardziej niesprawiedli­wość na prywatne korzyści względna. Człowiek i jego beśpieczeństwo, obywatel i jego szczęśliwość. Ojczyzna i jej całość będą jedynym prawidłem robót Waszych. […] Nie masz czasu ani względu na czas, w którym by się godziło prawa człowieka gwałcić lub zgwałconych nie powrócić. Nie może się nazywać ten naród swobodnym, gdzie człowiek jest nieszczęśliwym, nie może być ten kraj wolnym, gdzie człowiek jest niewolnikiem. Żadne więc prawodactwo nie powinno prze- milcząc praw człowieka, żadna społeczność nie może robić ofiary z ludzi dla ludzi. […] Filozofowie! Wy, którzy prześladujecie fanatyzm, którzy piszecie naprzeciw wielorakim srogościom od fałszywego lub przemijającego wyrządzonym zapału, czemuż tak mało/piszecie naprzeciw niewoli legalnej równych wam ludzi? Czemu naprzeciw tak wielkiej niesprawiedliwości, jaką człowiek człowiekowi za pomocą prawa wyrządza, nie powstajecie? Cóż to jest poddany czyjejkolwiek włości? Jak go uważać należy w porządku przyrodzenia, względem którego równemu wszystkich mieć chciała Opatrzność; czy biały, czy czarny niewolnik, czy pod przemocą niesprawiedliwego prawa, czy pod łańcuchami jęczy, człowiek jest i w niczym od nas się nie różni.

Do Prześwietnej Deputacji, [1789], w: Hugo Kołłątaj,
Wybór pism, wyd. B. Leśnodorski, Wrocław 1952,
s. 157,158-159, 159, 161.

List do Jana Maja

Doskonale dzieło o obyczajach, zwyczajach, obrządkach narodu polskiego. O tej materyi pisano już przed nami i dzieła takowe są dobrze spominane od obcych. Ale po większej części dzieła te zawierają tylko obyczaje szlachty. Miasta wielkie i ludzie majętni mało się od siebie różnią w całej Europie; w ich obyczajach najduje się prawie powszechna jednakość, co jesteśmy winni po większej części jednej religii i jednakiej edukacyi. Chcąc atoli szukać w obyczajach naszych wiadomości o tradycyjach początkowych i podobieństwa do dawnych ludów, trzeba nam poznać obyczaje pospólstwa we wszystkich prowincyjach, wojewódz­twach i powiatach. Osobliwie zaś 1) różnicę w ich mowie albo w dyjalektach jednej mowy; 2) różnicę w ubiorze nie tylko co do kroju, ale nawet co do koloru żadnego gatunku ich odkrycia nie opuszczając; 3) każdy ich obrządek przy godach weselnych, przy urodzinach, przy pogrzebach dobrze roztrząsnąć, bo choć te obrządki religia nasza zrobiła jednakimi, wszędzie wszelako zostało się jeszcze coś z dawnych zwyczajów, co do wesołości, smutku itd.; 4) o zabawach pospólstwa stosownie do części roku, o ich muzyce, o instrumentach muzycz­nych, o godach rocznych, czyli o saturnaliach naszego ludu i o bachanaliach, o pieśniach wesołych, pasterskich, żałobnych, historycznych i tych, które dzieciom przy kolebkach śpiewają, o bajkach i historyjach; 5) o gusłach i zabobonach, jak mówią, a w rzeczy samej o dochowanych niektórych zwycza­jach dawnej religii pogańskiej, jako to: o sobótkach podczas przesilenia dnia z nocą letniego i podobnych innych; 6) o postaciach i fizyjognomiach; 7) o gatunkach pożywności i onych zaprawiania sposobie, o mieszkaniach, o sposo­bie budowania, o gatunkach sprzętów do wygody w życiu; 10) o nałogach i wa­dach; 11) o chorobach szczególnych i o sposobie ratowania chorych między pospólstwem. Kto by się chciał podjąć napisać takowe dzieło, ma on sobie zadać pracę naprzód; aby się dobrze rozpatrzył, jak dawni i teraźniejsi opisywali oby­czaje innych ludów; po wtóre: ułożyć korespondencyją obszerną po wszystkich częściach Polski dla zasiągnienia jak najdokładniejszej wiadomości o obyczajach aktualnych wszystkich ludów tego kraju, a gdyby można, dostania dobrych rysunków tych wszystkich obiektów, które nie dość jest opisać, ale je trzeba widzieć i czytelnikom w kopersztychach przedstawić, pióro jego nie powinno być poetyczne, ani nadętego stylu, wszelako powinien by on starać się oddać tę materyą w sposób interesujący i przyjemny, z uwagami do przedmiotu stosow­nymi.
Takowe zaś dzieło nieskończenie byłoby potrzebne 1) dla objaśnienia naszej historyi początkowej; 2) dla dania odpowiedzi na tysiączne kalumnie i czernidła obcych pisarzów; 3) dla zostawienia potomności rzetelnego świadectwa, w jakim stanie były obyczaje naszego ludu przy ostatecznej rzeczy naszych zmianie.

List do Jana Maja [wysiany z więzienia w Ołomuńcu 15 lipca [1802 r.], w: Hugo Kołłątaj,
Wybór pism politycznych, wyd. B. Leśnodorski, Wrocław 1951,
s. 293-295.

List do Tadeusza Czackiego (z 2 IX 1805r. ze Stołpca)

I. W wiekach owych odległych, gdzie cała Europa przechodziła zbyt powol­nym krokiem z barbarzyństwa do oświecenia, szliśmy obok ze wszystkiemi innymi narodami. W połowie X wieku poddał się Mieczysław I światłu Ewange­lii, które wcześniej nierównie zaczęło się rozniecać między nami, lubo dopiero z Mieczysławem osiadło na tronie polskim. Naród nasz, łagodzony w swych obyczajach przez prawidła tej świętej nauki, postępował w zabiegu oświecenia równie z innymi. Klasztory anachoretów, a mało co później zgromadzenia kanoników regularnych były pierwszymi u nas szkołami; wkrótce zaczęto je zakładać przy katedrach i kolegiatach, a nawet przy znakomitszych parafialnych kościołach. Taki był stan oświecenia w owych odległych czasach po wszystkich prawie Europy krajach, i w tym względzie mało nas co wyprzedziły zachodnie tej części świata narody, gdy północne i wschodnie, zbyt opodal za nami postępowały […]
W XI wieku zbyt jeszcze słabe znajdujemy w historii ślady o promocjach na doktorów i magistrów. Papieże pierwsi byli, którzy uznali potrzebę tej uczonej dostojności. Cesarze przenieśli ją na tę stronę Alpów w wieku XIII. Papieże wsławili się swemi dobrodziejstwy dla szkoły rzymskiej i bonońskiej. Fryderyk II na wzór rzymskiego i paryskiego uniwersytetu założył nowy w Wiedniu, pomnożył w Salernie; zbogacał swemi przywilejami i dobrodziejstwy nowo założone przez siebie szkoły, poniżał szkołę bonońską. Wiek ten zapowiadał wschodzącą jutrzenkę mającego się wkrótce rozniecić oświecenia w kraju naszym; bo w tym wieku uzyskaliśmy już pisarzów historyi narodowej, a nawet historii obcej. Wincenty Kadłubek pierwszym jest pisarzem naszych kronik; Marcin z Opawy historii papieżów i cesarzów, a Ciołek czyli Vitelio, znany obcym pod imieniem Polaka, pierwszym napisał traktat o optyce. Jeżeli dzieło tego matematyka uważane jest dzisiaj przez wielu za mierne w swym rodzaju, było wszelako w owym czasie jedno z najsławniejszych, bo było pierwsze w całej Europie. Fryderyk II wiekiem tylko wyprzedził Kazimierza W., bo ten w roku 1364 założył szkołę główną w Krakowie. […]
Początkowe dzieło Kazimierza W. pomnożył szczęśliwie Władysław Jagiełło. Rosła szkoła główna krakowska w nauki i wsławiała się wielkimi ludźmi, pomnażała liczne kolonie po rozległych Polski prowincjach i roznosiła wszędzie równie dzielne nauk światło. Słynna ta szkoła najlepszym gustem w literaturze greckiej i łacińskiej, słynęła umiejętnościami matematycznymi, słynęła nauką teologii, praw duchownych i świeckich. Nie minął spełna wiek, kiedy ta szkoła wydała wielkich w matematyce ludzi: Wojciecha Brudzewskiego, Jakoba z Ko-bylina, Mikołaja Szadka, Marcina z Olkusza, a nade wszystko Mikołaja Koperni­ka, którego uważać należy za nauczyciela całej Europy, za poprawiciela astrono­mii, wynalazcę nowego układu świata i ożywiciela nauk fizycznych. Jest to najświetniejszy obraz, który nam wystawia genealogia odrodzonego dowcipu w tej części świata, i pokazuje, że umiejętności, które dziś do tak wysokiego u tylu narodów doszły stopnia, zaczęły swe odrodzenie na ziemi naszej; nie byliśmy jednak niższymi w liczne dowcipy co do literatury, polityki, prawodawstwa i teologii, która podówczas grała wielką rolę na teatrze Europy. Jeżeli zwrócimy oko na naszą własną ojczyznę, najdziemy nieprzerwanym idących po sobie pasmem, dobrych dziejopisów, sławnych w kościele, w obradach narodowych i w sądach mówców; najdziemy najoświeceńszych a zarazem najlepszych królów, głębokich u steru rządu polityków, biegłych i gruntownych w obojem prawie mężów, których w tak krótkiej mowie wyliczyć nie podobna; tym bardziej wielkim ich zasługom należytych oddać pochwał. Jeżeli zapatrzymy się na dzieje powszechne Europy, najdziemy: że wszędzie, a osobliwie w krajach zachodnich tej części świata, dowcip Polaków stawał się użytecznym: najdziemy ich po obcych akademiach nauczycielami i rządcami, najdziemy na tylu zborach kościoła powszechnego, światłe i gorliwie doradzających i tymże zborom prze­wodniczących; najdziemy tylu sławnych poetów, którzy w łacińskiej mowie dorównali Horacjuszowi; w polskiej zrównali się we wszystkich rodzajach poezji z greckimi i łacińskimi poetami.
Jest to tylko początkowy obraz historii nauk kraju naszego: dobroczynni Jagiełłowie podnieśli je do najwyższego stopnia, albo przez nowe fundacje, albo przez pomnażanie łaski i wielorakie nadania. […]
Nauki doznają pewnych, iż tak powiem, chorób, które albo je niszczą, albo wstrzymują ich postępek. Kiedy Europa wyzuwać się poczęła z zastarzałego tylu wiekami barbarzyństwa, wiek XV i XVI były wszędzie najprzychylniejsze naukom. Ale fanatyzm, który się wylągł wśród nazbyt śmiałych badań teologicz­nych, zaćmił tę początkową świetność świeżo wzrastającego oświecenia. Szermierstwa teologów, zaczęte z nauką Wiklefa, a pomnażane przez wielorakie wznowienia aż do czasów Lutra, zmieniły postać Europy; części jej południowe i zachodnie utraciły swą początkową świetność, która przeniosła się do części Europy północnych. W Hiszpanii i we Włoszech inkwizycji, we Francji sławna owa liga, w Niemczech długa z protestantami wojna przeszkodziły widocznie wzrostowi nauk. Wtenczas to śmieli reformatorowie rzucili nowe zasady oświece­nia w Anglii, w Niderlandach i w Niemczech północnych; kiedy wznowiona edukacja zakonna w Hiszpanii, we Włoszech, we Francji i w Niemczech południowych, przeszkodziła prawie powszechnie do wzrostu oświecenia, Kraj nasz, przyjąwszy podobnie edukacją zakonną, doznał tych samych przeszkód, które mu były wspólne z dopiero wyliczonymi narodami, a które daleko mniej przewodziły nad rozumem Polaków.
Kto bez uprzedzenia zdolny jest sądzić o wydarzeniach historycznych, kto umie porównać ich wypadki z pewnymi datami czasu; ten się przekona o tych wielkich prawdach: że oświecenie w narodzie naszym wskrzeszone, daleko wcześniej okazało się między nami w swych dobroczynnych skutkach, niż gdzie indziej; że nawet w czasie powszechnego upadku uchroniło nas od tych sromotnych zdarzeń, którymi się inne splamiły narody. Naród nasz nie podlegał nigdy jarzmu inkwizycji, nie przelewał nigdy krwi dla szermierstw teologicznych, nie prześladował nikogo dla różnicy w opiniach; całą jedynie w tej zmianie ponieśliśmy szkodę, że /a wprowadzeniem szkół zakonnych straciliśmy gust w dobrej literaturze i cofnęliśmy się wstecz w postępku tych umiejętności, które się najpierwej na naszej odrodziły ziemi. […]
W najsmutniejszym upokorzeniu, w którym się najdował nasz naród roku 1773, najchlubniejsze dla siebie postanowił prawo, podnosząc na zwaliskach zakonu Jezuitów nową nad edukacją narodową zwierzchność. Jest to najprzyjem­niejszy obraz w historii polskiej, na który natrafiamy przy zbliżającym się już rzeczy naszej upadku. Jak po długich burzach i niepogodach oglądać się zwykło w całej swej piękności zachodzące słońce, tak właśnie i światło nauk rozpostarło wówczas swe dobroczynne promienie. Niestety! Zachwyceni pięknością tak wielkiego, lecz krótko trwać mającego dobra, nie przewidywaliśmy lub przynaj­mniej wierzyć nie chcieliśmy, że nam ten przyjemny widok, zapowiadał bliski zgon ojczyzny naszej: kilkanaście tylko lat zostawione były na wysilenie się mającego wkrótce zaginąć dowcipu narodowego. Zebrana z kilku cnotliwych i oświeconych mężów Kommisja edukacyjna wzięła się z całą usilnością do tak wielkiego dzieła. […]
Budowa tak wielkiego planu i jego wykonanie zatrudniało ich statecznie: Szkoły główne w Koronie i Litwie na nowo urządzone, edukacja publiczna oddana stanowi akademickiemu, szkoły zakonne wróciły pod rząd krajowej zwierzchności, pod bliższy dozór szkół głównych. Nastąpił wszędzie jednaki wychowania sposób: w jednej szkole wszyscy nauczyciele czerpali swe oświece­nie; z jednych książek elementarnych uczyła się młodzież narodowa; pożytki z takowego ustanowienia okazywały się coraz widoczniej we wszystkich klasach mieszkańców tej ziemi; rozszerzało się Oświecenie, poprawiały się obyczaje, tworzył się duch narodowy, wzmagał się dowcip; gdy niestety! Przeznaczony rzeczom naszym koniec zbliżał się szybkim krokiem; a kiedy w najprzyjemniej­szym uczuciu spoglądaliśmy na przyszłe pokoleń naszych szczęście; padł straszny pogrom i zagubiwszy aż do imienia ojczyznę naszą, zagrzebał pod jej zwaliskami dobro powszechne całej ludzkości; nauki mówię w najchlubniejszym odrodzenia swego zostające kwiecie.
Ale niech mi będzie wolno w tym dniu powszechnej radości spuścić zasłonę na widok tak smutny, napełniający goryczą każde poczciwe serce. Skutki okropne, które z tej przerwy oświecenia powszechnego wyniknęły, przełożyłem z wielką dokładnością teraźniejszej nad edukacją zwierzchności: przełożyłem śmiało, bo należy, aby nasza nieszczęśliwa dola była nauką w późne wieki: jaką szkodę przynieść może największa korzyść gdzie nie ma względu na oświecenie publiczne.
W tak nadzwyczajnej rzeczy naszych zmianie, gdyśmy spoglądać zaczęli na zwaliska zgubionej na zawsze ojczyzny, i gdyśmy się zamyślali nad tym, co by należało dla trwałej jej pamięci z tak powszechnego uratować zatracenia; we wszystkim prawie stanęła na myśli mowa ojczysta i nauki na tej ziemi rozkrzewione. Wkrótce zebrało się Towarzystwo pod imieniem przyjaciół tych nauk, zajęło się z całą gorliwością około wiernego ich dochowania i oddania w ręce następnych pokoleń.

List do Tadeusza Czackiego [z 2 września 1805 r. ze Stołpca], w: Ks. Hugona Kołłątaja listy w przedmiotach naukowych, wyd. F. Kojsiejewicz, Kraków 1844, t. III, s. 249-250, 250-251, 252-253, 254-256, 257-258, 259-261.

Porządek fizyczno-moralny...

Najdujemy należytości i prawa, które się odnoszą jedynie do naszej własności osobistej i własności rzeczy. Najdujemy inne, które odnosić wypada do własności osoby i rzeczy drugich ludzi. Zaczem najdujemy należytości i powinności, których zachowanie tyczy się jedynie naszej osoby przez obowiązek, któryśmy zaciągnęli od przyrodzenia względem nas samych. Najdujemy inne należytości ,i powinności, które są nam wzajemne z drugimi ludźmi przez obowiązek, jaki zachodzi między nami i nimi.” Zaczem muszą być cnoty i występki, jedne tyczące, się nas samych, drugie tyczące się nam podobnych. Pierwsze wypływają ,z powinności, którą na nas przyrodzenie włożyło, abyśmy się starali o zachowanie naszej istotności i mają za cel ubezpieczenie i udoskonalenie naszej osoby. Drugie wypływają z powinności ścisłego zachowania należytości drugich ludzi i mają za cel sprawiedliwość i dobroczynność.Łatwo można wyobrazić, cośmy samym sobie winni, bo każdy czuje potrzebę zachowania swej osoby i doskonalenia sił własnych; lecz aby poznać powinności względem innych ludzi, trzeba się dobrze zastanowić nad stosunkami, jakie zachodzą między nami a nimi; trzeba uważać, że wszyscy mamy jednakie należytości, zasadzone na podobnym czuciu, potrzebach i siłach; zaczem z jedna­kich należytości wypływają jednakie dla nas powinności, które być muszą wzajemne, tak że co Piotr winien Pawłowi względem zachowania jego należytoś­ci, toż samo winien Paweł Piotrowi; zgoła obydwa są nawzajem obowiązani szanować swe należytości. I nie może być inaczej, bo trudno sobie wyobrazić należytości jednakie dla wszystkich, bez wzajemnej powinności zachowania ich przez wszystkich. Inne w tej mierze wyobrażenia byłyby chimerą, lub złudze­niem. Dodajemy do tego, cośmy już wyżej okazali (że dla zgodzenia naszych należytości z należytościami nam podobnych, przyrodzenie opatrzyło nas we własność osobistą, za pomocą której przychodzimy do własności rzeczy, nabywa­jąc one za cenę naszej pracy; że praca daje nam jedyne prawo do posiadania rzeczy, do których wprzód mieliśmy tylko należytość jednaką z drugimi ludźmi), a pojmiemy dobrze, do czego się odnoszą nasze powinności wzajemne i w czym winniśmy szanować należytość nam podobnych. Wszystko to podzielić można na dwie główne części, na własność, mówię, osoby i rzeczy. A ponieważ ta własność ubezpiecza nas przez jednakie należytości, ponieważ najdować się musi w stosunku między dwoma przynajmniej ludźmi, dlatego że te stosunki odnosić się muszą do własności osoby lub rzeczy jednego ze dwóch, przeto chcąc dać wyobrażenie, iż takowe należytości i powinności wzajemne zasadzają się na prawie jednego, iż wypływają z prawa, nazywamy sprawiedliwością. Zaczem wedle tego sprawiedliwość nic innego nie jest, tylko powinność, która nas obowiązuje do ścisłego zachowania prawa, jakie ma każdy do swej własności, bądź ona jest osoby, bądź rzeczy. Nie masz żadnego przypadku, w którym byśmy nie byli ściśle obowiązani do zachowania tej powinności. Nie masz przypadku, który by nas od niej mógł uwolnić. Gdy jednak przychodzi rozbierać obowiązki, które dobroczynność na nas wkłada, dostrzegamy, że ona się wcale różni od sprawiedliwości. Dobroczynność jest to powinność, która nas obowiązuje do wspomagania się wzajemnego, ilekolwiek potrzebujemy pomocy drugich lub ją dać komu innemu możemy. Mamy niezawodnie należytości do takiej pomocy, mamy wyraźną powinność wspomagać się, dawać pomoc wzajemną, a nawet nie oczekując odwzajemnienia. Wszelako ta powinność obowiązuje nas tylko w stosunku do naszej możności, to jest: ile możemy i kiedy możemy. Dlatego też różni się zupełnie od tej, którą na nas sprawiedliwość wkłada. Bo nie mogę upominać się o należytość, którą mam do pomocy wzajemnej lub łaskawej, jak mogę, jak mi jest wolno upominać się o zachowanie sprawiedliwości. Pomoc wzajemna i łaskawa zależy od możności tych, od których jej wymagać zechcę; są oni obowiązani do niej, ile mogą i kiedy mogą, są obowiązani przed sądem własnego sumienia. Podług różnicy, którąśmy dopiero zrobili w naszych należy teściach i powin­nościach tudzież ich stosunkach, jakie zachodzą między nami i nam podobnymi, najdujemy dwa gatunki cnót i występków. Najprzód względem nas. Po wtóre względem nam podobnych, które znowu uważać należy pod dwoma stosunkami, to jest: ile się ściągają do sprawiedliwości i ile się ściągają do dobroczynności. Nad takowym podziałem cnót i występków trzeba się z pilną uwagą zastanowić, jeżeli chcemy naleźć niezawodne prawidło do ich oceniania i naznaczyć im pewną miarę, pewne stopnie moralne. Dwa są w tej mierze prawidła. Pierwsze, iż gdzie powinność wkłada na nas ściślejszy obowiązek, tam w jej dopełnieniu cnota jest mniejsza, a w niedopełnie­niu występek większy. Drugie, iż gdzie powinność wkłada na nas mniej ścisły i warunkowy obowiązek, tam w jej dopełnieniu cnota jest większa, a w niedopeł­nieniu występek mniejszy. Co jasno da się pojąć zważywszy, że do czego nasze powinności bardziej nas obowiązują, to musimy dopełniać z potrzeby niezbędnej lub przez ścisłą sprawiedliwość, a zatem dogadzamy tylko potrzebie lub sprawie­dliwości. Owszem, gdybyśmy nie dopełnili obowiązków, które na nas wkłada powinność tego gatunku, popadlibyśmy w biedę i ściągnęlibyśmy na nas niewyrachowane cierpienia. W takim więc wypadku sprawy nasze dobre ledwie zasługują na imię cnoty. Ale sprawa zła jest wielkim występkiem, bo nas wystawia na wielorakie cierpienia, sprzeciwiając się naszym potrzebom, wysta­wia innych ludzi na podobneż cierpienia sprzeciwiając się sprawiedliwości. Przeciwnie zaś, gdzie nie jesteśmy tak ściśle lub tylko pod pewnym warunkiem obowiązani do powinności, a przecież ją dopełniamy, nasza sprawa dobra zasługuje na imię niepospolitej cnoty, a przestąpienie powinności nie tak ściśle jest naganne jak pierwsze, osobliwie przed sądem moralnym ludzi. Dlaczego dopełnienia wszystkich powinności tyczących się nas samych nie można brać za cnotę w ścisłym znaczeniu, ale tylko względnie, ile wyobraża dobroć naszej sprawy, którą wystawiamy naprzeciw występkowi tegoż samego gatunku. Dopełniając powinności dla nas nie jesteśmy w żadnych stosunkach z innymi ludźmi; jest to własne nasze czucie, które nas prowadzi do zaspokojenia potrzeb; są to nasze siły, które powinniśmy doskonalić i utrzymywać w czerstwości, abyśmy nie cierpieli i byli zdolniejszymi zaspokoić nasze potrzeby; jest to nasza własność, o którą z potrzeby dbać musimy; zgoła, co tylko powinniśmy względem nas samych, do tego pobudzeni jesteśmy przez własną potrzebę. W dopełnieniu takowych powinności nam tylko bezpośrednio dzieje się dobrze. Wszystko zatem, co czynimy z takowych pobudek, jest w samej rzeczy dobrą sprawą, lecz nie zasługuje bezwzględnie na imię cnoty. Wszelako przestąpienie lub opuszczenie takowych powinności jest wielkim występkiem, bo jest przeciw­ko naszym potrzebom, przeciw naszej własnej istotności, przeszkadza udoskona­leniu sił naszych, wystawia nas na niezliczone cierpienia, zagraża naszemu zdrowiu, a nawet życiu. Z czego wypada, że choć sprawy dobre tego gatunku nie zasługują bezwzględnie na imię cnoty, sprawy jednak złe są wielkim występkiem: Qui sibi neąuam cui bonus?
Sprawy nasze moralne zachodząc między nami i nam podobnymi, ile się ściągają do sprawiedliwości, zasługują wyraźnie na imię cnoty, jeżeli są dobre. Bo gdy nie naruszam należytości drugiego, gdy szanuję własność jego osoby lub rzeczy, jestem człowiekiem sprawiedliwym, a zatem cnotliwym. Dlatego to w każdej nauce moralnej tak u dawnych, jak i teraźniejszych pisarzy, sprawiedli­wość uznaną była za cnotę; cnotę mówię taką, od której zachowania zależy jedynie szczęście i dobre powodzenie społeczności ludzkiej. Lecz gdy czynię przeciwnie, jestem człowiekiem niesprawiedliwym, bo gwałcę sprawiedliwość, która się drugim ludziom należy, a zatem jestem niecnotliwym; moje sumienie oskarża mię o to, a nawet jestem w odpowiedzi temu, któregom skrzywdził. We wszystkich sprawach, jakie między ludźmi zachodzą, nie masz większego przestępstwa nad zgwałcenie sprawiedliwości, bądź że obrażamy własność osoby, bądź własność rzeczy. Nad ten mówię występek nie masz większego w spółczesności ludzkiej, bo on ściągnie za sobą niebezpieczne zakłócenia, prześladowania, zemstę, wojny i tyle innych nieszczęśliwości rozciągających swe skutki do całych familii, do małych i wielkich społeczności, do całego rodu ludzkiego. Wszelako najdują się pewne stopnie i w tym występku podług zgwałcenia sprawiedliwości większego lub mniejszego; np. nastąpienie na własność osobistą daleko jest większym występkiem, jak nastąpienie na własność rzeczy. Zabójca większym jest zbrodniem niż złodziej; ten, który krzywdzi całą familię, niesprawiedliwszy jest od tego, który skrzywdził jednego człowieka, a niesprawiedliwszy od obu, który skrzywdzi całą jaką społeczność. Ale stopniowanie występków nie należy do tej nauki, zatrudnia się koło niego etyka w filozofii, teologia moralna i prawo kryminalne; nam dosyć było wyobrazić sobie te gatunki sprawy opisując ich różne stopnie wedle różnicy powinności, jaką na nas sprawiedliwość wkłada.
Sprawy moralne wypływające z powinności, do której obowiązani jesteśmy przez dobroczynność, czyli przez powinność wspomagania jedni drugich w wie­lorakich potrzebach, różnią się od powyższych; bo powinność tego gatunku nie obowiązuje nas tak ściśle przed sądem ludzi jak sprawiedliwość. Należytość do pomocy wzajemnej, a nawet do pomocy łaskawej wypływa z prawa przyrodzenia; bo przyrodzenie przeznaczywszy nas do społeczności tak nas usposobiło, że się nie możemy obejść bez pomocy drugich od samego poranku naszego życia. Co łatwo każdy pojmie rozbierając swe położenie, w jakim się znajdował od najwcześniejszej młodości. Niemowlę potrzebuje dobroczynnego około siebie starania swych rodziców i ma do tego należytość od przyrodzenia sobie nadaną, inaczej bowiem nie mogłoby na moment się ostać. Ta potrzeba i z niej wynikająca należytość trwa aż do zupełnej sił dojrzałości. Rodzice obowiązani są opatrywać wszystkie jego potrzeby, starać się o udoskonalenie sił jego ciała i umysłu. Następują dalej potrzeby społeczności małżeńskiej, wielorakie prace, w których bez pomocy drugich obejść się nie można, jak np. dźwiganie ciężarów i podobne; trafiają się kalectwa, choroby, trafiają się potrzeby obrony od jadowitego lub drapieżnego zwierza, od mocniejszego napaśnika, i tyle innych; następnie nareszcie starość, za którą powraca owa pierwsza niedołężność, w jakiej się znajdują niemowlęta; zgoła w każdej porze życia człowiek nie może się obejść bez pomocy drugich i zostawiony samemu sobie nie mógłby żadnym sposobem obstać; musiałby zostawać w biedzie, musiałby nawet zginąć, gdyby przyrodze­nie nie zabezpieczyło mu ratunku i wsparcia w pomocy drugich. Społeczność ludzka nie mogłaby się utrzymać bez takiej pomocy; a ponieważ człowiek nie może przyjść na ten świat i nawet żyć bez społeczności, ponieważ pracować musi w społeczności, musiało mu przyrodzenie nadać należytość do pomocy drugich; winniśmy ją sobie nawzajem, winniśmy ją nawet bez oglądania się na wzajem­ność; tak pomoc jest kapitałem spraw dobrych należącym do całej społeczności; świadczymy ją jedni drugim, niekoniecznie dlatego, abyśmy ją nawzajem odebrali, lecz aby ją swą koleją odbierali drudzy, znajdujący się w podobnym położeniu. Tę powinność mamy sobie objawioną w dotkliwym czuciu politowa­nia; nie możemy patrzeć bez łez na nędzę ludzką, cierpimy nawet, gdy nie jesteśmy w stanie wesprzeć nieszczęśliwych, tak dalece, że kto podobnego w sobie nie ma czucia, można go z tej strony uważać za kalekę albo bardziej za poczwarę przyrodzenia.
Ta jednak powinność przyrodzona nie obowiązuje nas tak ściśle, jak owa, do której przywiązana jest sprawiedliwość wzajemna. Dobroczynność należy jedynie do sądu naszego sumienia, to jest do przekonania wewnętrznego o naszej możności, bo są przypadki, w których nie możemy dopełnić powinności; są przypadki, gdzie możemy i powinniśmy dać pomoc raczej Piotrowi jak Pawłowi lub nie dać jej żadnemu. Dlatego też każda sprawa dobra, która pochodzi od tej powinności, zasługuje na imię nierównie większej cnoty. Im bardziej jesteśmy ludzkimi, miłosiernymi i litościwymi, prędkimi do wspierania nam podobnych, do dzielenia naszej własności z ich potrzebami, do ratowania ich w niezliczonych przypadkach, tym jesteśmy cnotliwszymi; bo tu powinność nie ma innego znaglenia, prócz tego, które najdujemy w naszym sumieniu. Przeciwnie, jeżeli jej uchybiamy, jesteśmy często wymówionymi przed sądem ludzi, a nawet przed sądem naszego sumienia. Nie rozumiemy wszelako, że nie dopełniając tej powinności jesteśmy niewin­nymi, bo co innego jest naleźć pewne stopnie złości i niegodziwości w naszych x sprawach moralnych, a co innego utrzymywać, że nie jesteśmy winni, gdyśmy takiej powinności nie dopełnili. Każde jej opuszczenie jest przestępstwem, a różnica między sprawami dobrymi i złymi nie służy nam za podchlebną wymówkę, lecz za prawidło, podług którego powinniśmy przenosić jedną sprawę nad drugą, gdy nie jesteśmy w stanie dokonać wszystkich.
Każda powinność równie nas obowiązuje, gdy ją możemy dopełnić; lecz gdy się zbiega razem kilka, gdy nie możemy w jednym czasie wszystkim zadość uczynić, powinniśmy dokonać tę, która najbardziej obowiązuje. Np. gdy jestem obowiązany czuwać nad zachowaniem mego życia, a w tym samym czasie powinienem zapłacić dług memu wierzycielowi na pewny czas i w pewnym miejscu, o com się z nim umówił, jeżeli na takim terminie popadnę w chorobę, oczywista jest, że winienem wprzód starać się o przywrócenie mego zdrowia, niż zjeżdżać na miejsce i termin umówiony dla zapłacenia mego długu; albo, jeżeli jestem zdrów, lecz odebrałem pewną wiadomość, że jadąc krótszą drogą do miejsca umówionego byłbym wystawiony na napaść od zbójców, winienem raczej obrać drogę inną, choć dłuższą, a zatem uchybić umówionemu terminowi, niż wystawić na niebezpieczeństwo moje życie. Podobnie jeżeli jestem obowiązany zapłacić dług, a po zaspokojeniu nie zostaje mi więcej pieniędzy nad moje nieuchronne potrzeby, jestem obowiązany raczej zapłacić dług, jak dać jałmużnę. We wszystkich podobnych przypadkach, które nas stawiają w zbiegu kilku razem powinności, należy zawsze dopełnić tę, która nas bardziej obowiązuje, gdy nie możemy dopełnić razem wszystkich, i wtenczas to jedynie sumienie nasze obwiniać nas nie będzie; lecz bez podobnego zbiegu każda powinność równie nas obowiązuje: jesteśmy winni opuszczenia, ilekolwiek jej dopełnić nie chcemy, gdy możemy.
Zrobiwszy sobie wyobrażenie i dokładny podział wszystkich cnót i występ­ków, znalazłszy pewne stopnie między nimi, przystąpmy do wyobrażenia takiej sprawy, którą heroizmem zowiemy albo wyższą nad inne cnotą. Heroizm jest to sprawa zasadzona na dobroczynności, kiedy powinność świadczenia pomocy bliźniemu lub całej społeczności znajduje się w zbiegu z powinnością zachowania naszego bytu, a kiedy pierwszą przekładamy nad drugą albo ją dopełniamy z niebezpieczeństwem dopełnienia drugiej. Nad taką sprawę nie masz większej i szlachetniejszej w porządku moralnym, dlatego uważa się ona za cnotę wyższą nad wszystkie inne. W niej miłość własna ustępuje pierwszeństwa miłości bliźniego lub społeczności całej; w niej przekładamy dobro ludzkiego rodu nad swoje własne. Nic zgoła nie dowodzi tak widocznie, że potrzeba społeczności jest człowiekowi wrodzona i że się bez niej obejść nie może, jak to, że jest zdolny do heroizmu, czyli wystawienia na niebezpieczeństwo własnego bytu, aby zachował byt społeczności. Bo gdy człowiek swych zdolności ani namiętności sam sobie nie dał, widać jasno, iż nie na próżno usposobiło go przyrodzenie w czucia i zdolności, które go ośmielają do heroizmu, które robią w nim silniejszą miłość swego rodu niż jest ta, którą czuje względem siebie samego. Nie można tej cnoty odnosić jedynie do zaciągnienia dobrych nałogów, gdyż nałóg nabywa się przez naśladowanie i nawyknienie, a zatem heroizm stałby się sprawą bardzo pospolitą w społeczności, gdy przeciwnie, widzimy, iż jest cnotą bardzo rzadką i mało naśladowaną; owszem jest to zapał, iż tak powiem, niebieski, który wynosi człowieka nad innych, aby mógł zrobić dobrze wielu lub wszystkim. Takowi ludzie we względzie moralnym uważani nie należą do każdego pokolenia; są oni osobliwszym darem niektórych tylko wieków, właśnie jak są rzadkie dowcipy w porządku władz umysłowych, które się czasami tylko wsławiają jakim wielkim wynalazkiem. Aby jednak zrobić sobie jaśniejsze jeszcze wyobrażenie o heroizmie, nie zapominajmy, cośmy przyjęli za prawidło, że wszystkie sprawy uważane jak cnoty lub przestępstwa różnią się względem swych stopni moralnych w stosunku do naszych należytości i powinności, zaczem im opuszczenie tej cnoty jest mniejszym przestępstwem względem miłości bliźniego i jego rodu (bo dopełnienie onej znajduje się zawsze w zbiegu z powinnością zachowania własnego bytu lub przynajmniej zaspokojenia przyrodzonych potrzeb), tym ona jest większą, owszem największą cnotą, nad którą człowiek wyżej postąpić nie może; dowodzi nawet, że takowy człowiek doszedł do najwyższego stopnia doskonałości moralnej. Dlatego z wielką pilnością rozróżnić tu należy wszelkie sprawy, do których nas wiedzie nasze własne uwidzenie, od owych, do których nas zachęca prawdziwa miłość bliźniego lub całego ludzkiego rodu, bo pierwsze jako niezasadzone na widocznej potrzebie społeczności, chociażby nas wystawia­ły na największe cierpienia i przykrości, nie zasługują na imię heroizmu; będą to skutki naszej melancholii, nieukontentowania, złudzenia, uporu, źle zrozumianej miłości własnej lub chęci okazania się osobliwszymi w oczach ludzi itd. Przeciwnie, człowiek heroicznie cnotliwy nie myśli o nadgrodzie i sławie, nie chlubi się z swego uczynku, do którego znalazł powód w dotkliwym uczuciu potrzeby bliźniego lub całej społeczności. Gdzie więc nie zachodzi prawdziwa i gwałtowna potrzeba bliźniego lub całej społeczności, tam heroizm nie ma miejsca; będzie to, że tak powiem, podrzyźnianie lub udawanie tej najwyższej cnoty. Jeżeli np. postanowiłem sobie dobrowolnie być ubogim, mając sposób do życia, jest to postanowienie urojone; znoszę wprawdzie niedostatek, bom tak chciał, nie mogę inaczej żyć, tylko z miłosierdzia drugich, wszelako stałem się ciężarem dla społeczności, która mię musi żywić; odbieram chleb prawdziwie ubogim, którzy nie z fantazji, nie z zaniedbania pracy, lecz przez rzetelne nieszczęścia przyszli do ubóstwa; te i tym podobne sprawy nie zasługują na imię heroizmu. Lecz jeżeli będąc bogatym, ujęty litością nad tylu nieszczęśliwymi, rozdałem między nich mój majątek tak dalece, żem się stał przez to ubogim, jest to prawdziwy heroizm. Jeżeli widzę mego bliźniego tonącego w wodzie lub ogarniętego płomieniem, a wystawiam życie moje na równe jemu niebezpieczeńs­two, abym go tylko uratował, jest to heroizm. Jeżeli przenoszę sam raczej cierpieć, jak zdradzić interes społeczności, jeżeli wystawiam życie na obronę mego bliźniego, tym bardziej na obronę całej społeczności, jest to prawdziwy heroizm; bo w tych wszystkich sprawach przenoszę dobro bliźniego lub całej społeczności nad dobro moje własne. Można by wiele innych zebrać przykładów podobnych cnót heroicznych, czyli nadzwyczajnych; dla nas jednak dosyć jest, cośmy powiedzieli, abyśmy mogli mieć jasne wyobrażenie o tych cnotach, o ich różnicy od cnót pospolitych i od spraw, które pochodzą z urojenia bez żadnego dla ludzkości pożytku. Zakończmy już tę długą naukę o prawach moralnych pocieszającą uwagą, to jest, że nad powinności pospolite jesteśmy w stanie robić jeszcze dobrze, a nad przestąpione nie jesteśmy dalej w stanie robić źle; uwaga prawdziwie pocieszają­ca, bo całą moralność zwraca na pożytek rodu ludzkiego, dowodząc, że z samego przyrodzenia więcej jesteśmy zdolni do dobrego niż do złego.

Hugo Kołłątaj, Porządek fizyczno-moralny…, [1810], wyd. K. Opałek, Warszawa 1955, 108-121.

Podpis Hugona Kołłątaja